PARIS IS ALWAYS A GOOD IDEA

To była już druga wizyta PogoPony w Paryżu, w dodatku w nagrodę za moją ciężką pracę przed i podczas Gałkowo Masters Cup, więc miałam nadzieję, że kucyk trochę spuści z tonu jeśli chodzi o ambitne plany i napięty grafik podczas wizyty. Zupełnie nie doceniłam Pogo. Jego lista miejsc do odwiedzenia i rzeczy do zrobienia byłą tak długa, że musielibyśmy to chyba zostać tam przez miesiąc, ale do małego czterokopytnego uparciucha nie docierał mój głos rozsądku! Chociaż z drugiej strony może powinnam mu podziękować, bo dzięki temu sporo zobaczyliśmy, zjedliśmy mnóstwo croissantów, makaroników, no i widzieliśmy przecudną wystawę Diora w Musee des Arts Decoratifs, z którego PogoPony musiał być siłą wyciągany po kilku godzinach oglądania, bo chyba planowal tam zamieszkać. Po nieco przymusowym wyjściu posmutniał tak bardzo, że zrobiło mi się go szkoda. W ramach poprawy kucykowego nastroju postanowiłam go zaprosić do La Fermette Marbeuf (dzięki rekomendacja jednego ze znajomych Paryżan) i był to absolutny strzał w dziesiątkę! Pyszne jedzenie i bajkowe secesyjne wnętrze udobruchało PogoPony już przy przystawce. Potem jeszcze tylko jakieś 50 zdjęć z wnętrzem i sobą w roli głównej, tak na pamiątkę, i był już gotowy na ponowny podbój stolicy szyku.